— Nie pyskuj mi! Trzydzieści lat w szkole przepracowałam, żeby coś takiego znosić!
— A ja mam trzydzieści lat — i dopiero zaczynam rozumieć, ile niepotrzebnego znoszę. Dziękuję za lekcję.
Jelena Pawłowna fuknęła, wypełniając kuchnię zapachem jaśminu i własnej urazy, i wyszła.
Mirosława została przy zlewie. Woda leciała, palce stygnęły, a w środku zaciskał się twardy, kłujący węzeł. Sześć lat. Sześć lat tego — drobnego, ale codziennego upokarzania. Teściowa, która — gdyby mogła — notowałaby w zeszycie, ile minut synowa siedziała i w którą stronę patrzyła.
Siergiej wtedy, na początku, był inny. Miękki, prawie nieśmiały, jakby z zupełnie innej rodziny. Mówił, że mieszka z mamą tymczasowo, dopóki nie poukłada spraw. Rok. Dwa. I pieniądze jakoś zawsze się znajdowały — ale na samochód, na kurtkę, na remont „maminej” kuchni, na wyjazd do Soczi „z mamą”. Na mieszkanie — nigdy.
Wyjęła z lodówki mineralną, otworzyła, usiadła przy stole. Pić nie piła, palić nie paliła, ale czasem, po takich wieczorach, chciało się wszystkiego naraz.
Siergiej przyszedł późno, jak złodziej. Reklamówka z „Piatioroczki”, puszka piwa, spojrzenie, jakby liczył, że w lodówce znajdzie gotowanego kurczaka z dodatkami.
— Jadłaś? — zapytał, nie odwracając się.
— Tak. Z pańską mamą pokłóciłyśmy się na pierwsze, drugie i kompot. Bardzo sycące.
Skrzywił się, usiadł, otworzył piwo. Milczał.
Leave a Comment