— Mir, nie zaczynaj znowu.
— Ja nie zaczynam. Ja kończę. Mam dość. To nie życie, tylko jakiś pedagogiczny zjazd w sprawie „reedukacji synowej”.
— No wiesz przecież, jaka jest mama. Jej nie da się zmienić. Trzeba po prostu wytrzymać…
— Wytrzymać? Do czterdziestki? Aż nasze dziecko będzie słyszało, jak babcia nazywa jego matkę „darmozjadem”? Albo aż ja wyskoczę przez okno?
Zamilkł. Znowu. Jego ulubiona strategia — być fizycznie, znikać emocjonalnie.
— Chcesz, pogadam z nią…
Mirosława zaśmiała się cicho, ale tak, że aż drgnął.
— Ty? Ona wsadzi cię na miejsce jednym zdaniem. Twoje „mamusia, przestań” brzmi jak „mamusia, nalej zupki”. Ona we mnie nie widzi człowieka. A w tobie — mężczyzny.
— Przesadzasz.
— Nie, Sierioż, to ty się uginasz. Różnica jest zasadnicza.
Lodówka cyknęła, jak arbitr.
— Jutro biorę wolne. Jadę do notariusza. Przyszło pismo: dziadek zmarł, zostawił mi mieszkanie w Siergijew Posadzie. Jeśli to prawda — przeprowadzam się. Sama. Chcesz — przyjedź. Ale bez mamy. Nigdy więcej.
— Żartujesz?
— Nie. Ale jeśli wolisz, możemy urządzić rodzinny wieczorek u notariusza — herbatka, spadek. Tylko tym razem to ja jestem gospodynią. I szampon będzie kosztował tyle, ile ja zdecyduję.
Leave a Comment